KRAKÓW PÓŁMARATON 2015

Magiczny Kraków był idealnym miejscem na ostatni bieg do korony. Dziś, pisząc tą relację, siedzę i zajadam się czekoladą z orzechami, a moje serce i myśli zostały w Krakowie.

Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego biegu na zakończenie sezonu biegowego. Był to dla mnie bieg niezwykły, wyjątkowy, ponieważ ostatni do zdobycia Korony Półmaratonów Polskich. W Krakowie jestem zakochana od lat. Uwielbiam magie uliczek Starego Miasta i ten wspaniały klimat oświetlonego miasta nocą. Kraków jest piękny. Powietrze mniej czyste, ale piekny! W związku z tym, że uczestniczyłam w pierwszej edycji PZU Cracovia Półmaraton Królewki, postanowiłam, że i tym razem nie może mnie tam zabraknąć. Bo jakże wspaniale byłoby zdobyć koronę właśnie w królewskim mieście!

Na to święto postanowiłam się wystroić 🙂 Spakowałam wcześniej zakupioną tiulową spódnicę, koronę oraz ubrania do biegania. Strój miał na celu zachować symbolikę i podkreślić ten ważny dla mnie dzień. Wszystko w tym dniu miało być ukoronowaniem mojej pracy i pogoni za biegowymi marzeniami. Będziesz w tym biegła? Dziwili się niektórzy. Tak wiem, miałam 31 lat i niektórzy mogli pomyśleć „wariatka”, ale śledząc moje poczynania na fb i dawnym blogu, dobrze wiecie, że taka jestem! Jestem wariatką! Jestem wariatką pozytywnie zakręconą na punkcie biegania i niech nikt mi nie odbiera mojej radości, radości z biegania 🙂 Choć nie biegam szybko i nie staje na podium, to bieganie po prostu mnie cieszy. Z każdym przebiegniętym kilometrem staję się silniejsza, bo siła jest kobietą.

Miałam wrażenie, że pociąg jakim jechałam do Krakowa wiózł mnie dookoła świata. Zamiast kupić bilet na szybsze połączenie, ze względów ekonomicznych jechałam do Krakowa 5 godzin. Jednak nie był to stracony czas. Mogłam poczytać książkę, porozmawiać z ludźmi siedzącymi obok, pomyśleć i zastanowić się nad planami biegowymi na przyszły rok. Cel na ten rok miałam już w zasięgu ręki, już za chwilę, za chwileczkę korona miała być moja. Na stacji czekała na mnie Dominika, biegowa koleżanka z którą poznałam się podczas jednego z biegu w Warszawie. Umówiłyśmy się wcześniej, że razem pojedziemy odebrać pakiety na bieg. Czas minął nam szybko na miłej rozmowie. Jeszcze ostatnie spojrzenie na metę w Tauron Arena Kraków i szybko do hostelu zostawić rzeczy, by udać się w umówione miejsce na pasta party z przyjaciółmi. Okazało się, że w hostelu, w którym zatrzymałam się na nocleg, w samym sercu Krakowa, nocowali też inni biegacze. Raźniej nam było razem zjeść śniadanie mistrzów – bułkę z dżemem i nutellą – i wspólnie pojechać na start.

W ubiegłym roku startowaliśmy z Rynku Starego Miasta kończąc bieg przy stadionie na Błoniach. W tym roku organizatorzy przygotowali dla nas zupełnie inną trasę z metą na Tauron Arena. Po przebraniu się i pozostawieniu rzeczy w depozycie pobiegłam do swojej strefy czasowej. Wśród niemalże 7000 biegaczy ciężko było mi przedostać się do mojej strefy. Już podczas samego oczekiwania na start spotkałam się z miłymi komentarzami i uśmiechem innych odnośnie mojej kreacji. Super strój – ktoś powiedział. Dziękuję – dziś zdobywam koronę 🙂 Byłam z tego dumna.

Pozostało 10 minut do startu, więc zerkam na zegarek. Ale co to? Nie włączyłam zegarka? Włączyłam, ale zbyt późno i niestety mój zegarek, po raz pierwszy wśród innych zegarków nie złapał sygnału gps. Biegacze zaczęli odliczać 3,2,1, a mój zegarek nadal szukał sygnału. Start! Pobiegły pierwsze baloniki i kolejne. Powoli kolejni biegacze przemieszczali się w stronę startu, a ja czekałam na poboczu patrząc na zegarek. Pomyślałam – trudno – po raz pierwszy będę biegła bez patrzenia na czas i tempo. Biegnę na dobre samopoczucie, to ostatni bieg, baw się tym! I tak zrobiłam. Pierwsze kilometry minęły szybko.

Do 10km moim zającem był pewien starszy Pan, który dobrze trzymał tempo, więc biegłam krok w krok za nim, później niestety zgubiłam go gdzieś na punkcie z wodą na Błoniach i dalej już do samego końca biegłam sama.

Trasa sama w sobie nie była trudna. Najpiękniejszy odcinek jak dla mnie to Stare Miasto i wspaniali kibice. Biegłam machając do wszystkich, uśmiechałam się przybijając piątki z dzieciakami. Cóż to była za niesamowita radość, kibice na trasie naprawdę uskrzydlają. Nagle, dzięki nim poczułam przypływ dodatkowej energii. I znów zbiegliśmy nad Wisłę by stamtąd dotrzeć do mety. To już? To już meta? Wspaniale 🙂

Okrążyłam Arenę i wbiegłam do środka, a tam – zachwyt. Zachwyciłam się metą jak dziecko bożonarodzeniową choinką! Piękna, oświetlona na niebiesko. Światła, błysk fleszy, muzyka, euforia kolejnych biegaczy przez nią przebiegających – jednym słowem magia! Naprawdę poczułam się wyjątkowo. Biegłam do niej z uśmiechem na twarzy i w górę podniesionymi rękoma. To jest fantastyczne uczucie! Za każdym razem, kiedy przekraczam linię mety czuje się wspaniale, ale tego dnia w Krakowie czułam się niezwykle. Korona jest moja! Z wyniku jestem zadowolona, choć wiem, że 2:04:03 nie jest szczytem moich możliwości.

Gratuluje wszystkim ukończenia tego pięknego dystansu oraz tym, którzy tak jak ja w tym dniu nosili korony! Gratuluję zwłaszcza tym, którzy po raz pierwszy debiutowali na tym dystansie! To wspaniałe uczucie prawda? Magia biegania kryje się w Twoim umyśle 🙂 Bardzo cieszyłam się moim małym sukcesem. Tak bardzo, że dumnie z koroną na głowie i medalem zawieszonym na szyi jechałam tramwajem do hotelu przez „pół miasta” uśmiechając się sama do siebie 🙂 Postanowiłam uczcić mój mały-wielki sukces dużą kawą i pysznym kawałkiem ciacha! A co! Należało mi się 🙂 Warto gonić za marzeniami. „Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń”  Eleanor Roosevelt.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *