BŁĘDY BIEGACZA

Półmaraton Warszawski zbliża się wielkimi krokami. Sama myśl o tym biegu przyprawia u mnie gęsią skórką. Dlaczego? Może dlatego, że 30 marca 2014 roku wystartowałam i go nie ukończyłam? Oto moja historia i kilka wskazówek dla debiutantów.

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęłam się na dobre w lipcu 2012 roku. Szybko, jak to mam w zwyczaju, podjęłam decyzję o swoim pierwszym półmaratonie. Na tą chwilę mogę stwierdzić, że decyzje podjęłam zbyt pochopnie i zbyt ambitnie. Nie kręciło mnie zwyczajne „zaliczenie” tego dystansu by pochwalić się tym na facebooku. Napisać, że jestem półmaratończykiem jak to niektórzy mają w zwyczaju. Założyłam sobie cel, dzięki któremu miałam być w pełni usatysfakcjonowana z tego biegu, chciałam przebiec swój pierwszy półmaraton w 2 godziny. Zaczynając jakiekolwiek treningi cieszył mnie każdy przebyty kilometr. Z każdym przebiegniętym kilometrem czułam się silniejsza i pewniejsza, że dam radę. To było moje marzenie, cieszyłam się na samą myśl o starcie. Marzenie, które tego dnia miało się spełnić. To znaczy spełniło się w 99%. Ten jeden procent niestety bardzo pokrzyżował mi plany.

Nie myślałam wówczas o tym, że przy mojej niedoczynności tarczycy nadmierny wysiłek nie jest wskazany. Plan treningowy przygotowujący mnie do startu zakończyłam na ostatnim 18 kilometrowym wybieganiu na dwa tygodnie przed startem. Wcześniej nie biegałam tak długich odcinków w trakcie jednego ciągłego biegu bez przerwy. Poza tym bardziej doświadczeni biegacze mówili mi, że nie ma sensu biegać dłuższych odcinków przed półmaratonem. Mój organizm zwyczajnie nie był jeszcze gotowy na taki wysiłek. Nie zjadłam dość energetycznego posiłku na śniadanie, ani nie dostarczyłam odpowiedniej dawki węglowodanów wieczorem. Podczas biegu pierwszą 10tkę dystansu przebiegłam za szybko, robiąc życiówkę na 10km. Błąd! Całą energię spożytkowałam na bieg w pierwszej połowie dystansu, przez co na drugą zabrakło już paliwa. Pamiętam, że było wówczas bardzo gorąco, a podczas biegu na trasie zamiast pić wodę, piłam słodki izotonik, który podawali na punktach nawadniających. Kolejny błąd! W trakcie biegu należy nawadniać się woda, a po biegu uzupełniać elektrolity izotoninikiem. Wbiegając na Agrykolę, gdzie na 17 kilometrze był podbieg zaczęło mi się kręcić w głowie i tak naprawdę na samych oparach zrobiłam ten podbieg. To była masakra, przecież mogłam to podejść, ale moja chora ambicja powiedziała mi wtedy „ale jak to powiesz, że szłaś? Biegnij!” Zamiast zrobić sobie chwilę przerwy ja gnałam do przodu, nie mając już w sobie mocy. Wbiegając na most Poniatowskiego w oddali widziałam stadion i podświadomie myślałam już o mecie. Nagle całkowicie mnie odcięło. Cukier spadł mi chyba do poziomu -3oo (żart) i zaczęłam tracić kontakt z rzeczywistością. Miałam wrażenie, że biegnę w miejscu, że przebieram nogami jak paralityk. Nagle obraz zaczął mi się rozmazywać do tego stopnia, że widziałam mroczki przed oczami. Poczułam się jakbym oglądała świat w zwolnionym tempie, jak na filmie. Poczułam się tak, jakby ktoś wyłączył zasilanie. Potknęłam się i upadłam. Zwymiotowałam (całe szczęście że nie na nowe Asicsy). Straciłam przytomność na 19 kilometrze. Myślisz sobie teraz „miałaś metę na wyciągnięcie ręki”. To prawda. Ale nie dobiegłam do mety! Pamiętam, że ktoś pomagał mi wstać, ale moje nogi były jak z waty, nie dałam rady wstać, nie dałam rady się podnieść. Pamiętam jak ktoś chciał mnie „scholować” do mety. Nie byłam nawet w stanie obsłużyć dotykowego telefonu, aby poinformować bliskich którzy czekami na mecie. Niedotlenienie sprawiło, że nie byłam w stanie mówić i zadzwonić. Kiwnęłam tylko głową, na pytanie „czy chcę karetkę”, po chwili siedziałam już w karetce. W szpitalu polowym na błoniach stadionu dostałam kroplówkę wzmacniającą. Gdy doszłam do siebie siedziałam wśród innych „szczęśliwców” i płakałam. Pamiętam jak mówiłam do pielęgniarki „błagam, niech Pani mi to odłączy, zawieźcie mnie tam gdzie upadłam, ja muszę ukończyć ten bieg”… tłumaczyła mi, że to nie możliwe, a ja patrzyłam na zegarek który odliczał czas. W oddali głosy ludzi cieszących się z biegu, a ja leżałam i płakałam. Podszedł do mnie lekarz i zapytał „dlaczego płaczesz, cos cie boli, wszystko porządku?” Odpowiedziałam zanosząc się od płaczu „ bo to było moje marzenie”… Po tej całej akcji na koniec dostałam od niego medal, ale nie miał on dla mnie żadnego znaczenia…

Ucierpiało moje ego! Czułam, że zawiodłam wszystkich, a najbardziej to, że zawiodłam siebie. Że zawiodłam moich biegusiów i wszystkich, którzy tak we mnie wierzyli. O bieganiu nie chciałam słyszeć i mówić. Tylko na chwilę, ponieważ cztery dni po tym wypadku, gdy wróciłam po pracy do domu, założyłam buty do biegania. Powiedziałam sobie „dzisiaj to zrobię”. To nie jest tak, że ja nie jestem w stanie przebiec półmaratonu. Po prostu wypadki się zdarzają, miałam pecha, mój organizm powiedział „stop Fiolka”, ale ja to zrobię, dziś! I poszłam pobiegać. Gdy przebiegłam swój pierwszy półmaraton – treningowo, usiadłam na ławce przy moście siekierkowskim i popłakałam się, ze szczęścia. Z robiłam to! To nic, że nie oficjalnie, to nic że bez gapiów, to nic że bez medalu – zrobiłam to!!! Gdy Prezes klubu biegusiem.pl w którym biegałam dowiedział się o moim czynie zadzwonił do mnie i powiedział „jesteś zawzięta, wiedziałem że dasz radę”. Tak dałam radę! I Ty też dasz radę, ale:

  • nie bierz siły na zamiary
  • bieganie ma sprawiać Tobie radość, a nie być wyznacznikiem tego, że jesteś lepszy
  • pamiętaj o treningu, trenuj z głową, przyzwyczaj organizm do różnej skali wysiłku
  • naucz się wypoczywać i zadbaj o dużą dawkę snu
  • pamiętaj o diecie, węglowodany i dobre śniadanie przed startem
  • nawadniaj się w ciągu każdego dnia, a na trasie pij wodę
  • pierwszą cześć dystansu pobiegnij wolniej, dzięki temu dobiegniesz do mety
  • ubierz się odpowiednio do panujących warunków atmosferycznych
  • nie eksperymentuj z jedzeniem tuż przez startem
  • zaopatrz się w żele energetyczne które wcześniej testowałeś
  • biegnij w odzieży i butach już rozbieganych
  • trzymaj się zająca – on pomoże ci utrzymać docelowe tempo
  • nie biegniesz sam, na trasie również obowiązuje Savoir-vivre

Od tamtego dnia minęło już sporo lat. Dziś mam na swoim koncie wiele półmaratonów, maratonów i biegów wojskowych, ale za każdym razem drżę na 19 kilometrze 🙂 Mój były szef, za każdym razem, gdy słyszał że gdzieś biegnę, mówił „tylko dobiegnij do mety, nie szalej”.

Życzę Wam udanych startów i przede wszystkim wspaniałej zabawy na trasach Waszych biegów.

I na koniec cytat:

Podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca.

Ryszard Kapuściński

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *